sobota, 14 września 2013

Rozdział 11 :)

Lekarz przybiegł po 10 sekundach. Opowiedziałam mu wszystko ze szczegołami.
-Ah tak. Zapomniałem. Przez nie wiadomo jaki czas pacjentka zapomni dużo rzeczy. Trzeba jej przypomnieć.
-A dobrze. Dziękuje.
-Nie ma za co.- uśmiechnął się i poszedł.


Usiadłam spowrotem obok łóżka Honi.
-Honey to ja. Miley. Jestem twoją siostrą.
Przypomniałam jej wszystko. O gangu, naszym domu, Justinie i jak tu się znalazła.
-Miley już pamiętam! To nie przez ciebie. Dzwoniłam do ciebie bo się pokłóciłam z Tygą. Nie miałam komu się wyżalić, dlatego to zrobiłam. - Wzkazała na rękę. - Kochanie przepraszam.
-Ty?! Za co?! To ja powinnam za to, że nie było mnie przy tobię gdy mnie potrzebowałaś.
-Oj przestań. Ej kiedy będę mogła wyjść? Muszę z Tygą pogadać.
-To nie będzie konieczne. - odpowiedziałam.
Poszłam do drzwi po czym wpuściłam - TYGE. A sama wyszłam.
Postanowiłam pojechać do domu się odrzwierzyć. Wziełam taxi i powiedziałam wyznaczoną ulice.
Gdy dojechaliśmy pociągnełam za klamke. Na kanapie siedział Justin oglądając mecz z Alferdo. Krzywo się spojrzałam i poszłam na góre. Po 45 minutach zeszłam. Umyta, ubrana i umalowana. Miałam krótkie dzinsowe spodenki z ćwiekami na kieszeniach, do tego białą bluzke w widocznym stanikiem po bokach z kolorowymi napisami "I'am Princes, Bich", i białymi butkami na obasie. Alferdo, Justin, Fenty i Rayan spojrzali na mnie z niedowierzeniem.
-No co? - Zrobiłam dziwną mine.
-Jej! Miley - jak ty ślicznie wyglądasz kochanie.- krzykneła Fenty.
-Jestem normalnie ubrana?
-Przez te obcasy wydajesz się troszke większa. - zaśmiał się Justin.
Rzuciłam się na niego i zaczełam walić poduszką. Potem tem mi ją odebrał i zaczął gonić po całym domu. Potknełam się o kabel od komputera i gdyby nie Rayan, bym upadła i kafelki w kuchni.
-Mogłaś zrobić sobie krzywde- Powiedział i paluszkiem dotknął mojego noska.
-Kochanie nic Ci nie jest- Krzyknął zestresowny Justin.
-Spokojnie jest okey. - Uśmiechnełam się.
Justin podniósł mnie wysooooko i przytulił. Łoo w końcu byłam od niego wyższa.
Nie chcę być taka niziutka. :c
-Juuuuustin i reszta jedziemy na basen?
-Dla mnie spoko- Wrzasnął Alferdo.
-No ok. - Powiedziała Fenty.
Wszyscy poszli się ogarnąć.
Po 25 minutach wyszliśmy z domu. O Honey się nie martwiłam był z nią Alfredo. Na Basenie byliśmy z dobre 3 godziny. Naprawde świetnie się bawiliśmy. Rayan z Alfredo i Justinem wzieli mnie i rzucili do wody. Trójca debili. Hhahahahah.
Gdy poszliśmy się przebierać zauważyłam, że mój telefon ciągle wybruje. Była to Honey. Zrobiłam przerażoną mine.

*Rozmowa Telefoniczna*
-Tak Honi?
-Miley! Przyjedz! - Powiedziała Honi z płaczem i się rozłączyła.

-JUSTIN!- Krzyknełam. Wparował do mnie w 2 sekundy. - Honey, ona do mnie dzwoniła- Opowiedziałam mu wszystko.
-Ubieraj się szybko. - Powiedział.- Ja ide juz do auta.
Ubrałam najszybciej jak potrafiłam ubrania na zmiane.
-Chodzcie- Rzuciłam do reszty.
-Miley słyszeliśmy wszystko. Jedz z Justinem. My pojedziemy Taxi. Serio! Biegnij.
Nie zważałam już na wszystko inne. Pobiegłam do auta. Gdy weszłam Justin wrzucił gazu i koło szpitalu byliśmy już po 9 minutach. Jak najszybciej poszłam do sali Honey.
-HONEY?! Co się stało. - Widziałam ją całą zapłakaną.
-Miley!- Dalej płakała. -Tyga... On ma raka!
Moje oczy stały się szklane. Mój braciszek niedługo umrze? Co?! To nie możliwe.
-On musi mieć operacje i to jak najszybciej ale do tego potrzebna jest niesamowita kwota. Aż 1000000000$.
Zakrztusiłam się na samą myśl. Że co?! Nie mamy takiej kasy. No może mamy, ale to na dom, jedzenie itd.
-Honey, wymyślimy coś. Nie dam mu umrzeć. Obiecuje. - Mocno ją przytuliłam. Biedactwo moje. Bo 10 minutach wparował Justin. Widział nas obie przytulające się i płaczące.
Od razu wyszłam z nim za drzwi i mu wszystko opowiadziałam. Ten mocno mnie przytulił.
-Miley zdobędziemy tą kase. Obiecuje Ci Kochanie.
Dalej płakałam. Jak na ten dzień za dużo wrażeń. Czemu to wszystko musiało mi się dziać.
Miałam zamiar poszukać lekarza. Po 15 minuatch go znalazła.
-O Miley! Własnie chciałem do ciebie dzwonić. Można Honey już wypisać. Stan się poprawił i jest wszystko okey.
-Właśnie pana chciałam o to zapytać. Dziękuje. Dowidzenia.
Poszłam do sali Honey i powiedziałam, że może już wyjść. Ta troche w lepszym chumorze poszła się ubrać. Już po 30 minutach byliśmy w drodze do domu. Gdy dojechaliśmy opowiedzieliśmy wszystko reszcie. Oczywiście WSZYSCY płakali.
Po 20 minuatch jako jedyny ogarnął się Fredo.
-Trzeba zrobić plan. Nie ma innego wyjścia.
Zabraliśmy się do pracy. Tak nasz plan był okropny. Pełno kradzieży itd. ale w końcu udało nam się. Już po 2 godzinach bylyśmy pod najwięszym bankiem w Las Vegas. Przyłączyli się do nas gang Justina. Wszyscy ubraliśmy kominiarki. Mieliśmy czarne ubrania i pistolety z pełną amunicją. Do tego mieliśmy jeszcze pochowane np. w staniku inne pistolety. Czekaliśmy na dobry moment. Po 5 minuatch wtargneliśmy do banku. Zaczeliśmy strzelać na wszystkie strony. Zabraliśmy wszystko ludzią telefony, portfele, torebki. Wszystko co mieli przy sobie. Potem zaczeliśmy wynosić wszystko z małego skarbca. Pakowaliśmy w worki i do auta. Oczywiście wychodzilismy drugą stroną żeby nie było widać nic podejrzanego. Wszystkie wejścia (oprócz) tylniego zamkneliśmy, aby nikt nie mógł nic zobaczyć ani wejść. Justin i ja staliśmy przy tych biednych ludziach. Z wyłożonymi pistoletami. Jedna mała dziewczynka zaczeła cicho szeptać.
-Panie Boże pomódl się za nas wszystkich. Co my Ci uczyniliśmy? Chcemy być tylko twoimi dziećmy Bożymi.
Strsznie mnie to wzruszyło. Poleciała mi łza ale naszczęście nie było jej widać przez czarną komiarke na mojej głowie. Gdy Fredo dał nam znak uciekliśmy. Wróciłam się jeszcze i szepnełam tej małej dziewczynce, która przedtem się modliła "Spokojnie. Żyjesz. I będziesz żyła. Bóg jest z tobą." Po czym jej pomachałam. Ta się zaś uśmiechneła i krzykneła "Dziękuje Boże"
Szybko uciekliśmy do auta i pojechaliśmy. Mieliśmy kase. To najważniejsze. Przebraliśmy się i pojechaliśmy do szpitala. Wstąpiliśmy jeszcze do bankomatu i całą kase daliśmy na karte. Następnie (Tyga już z nami był) pojechaliśmy na lotnisko. Bilety mielismy już kupione. Poszliśmy na odprawe i lecieliśmy już do Nowego Jorku- tam miał mieć operacje Tyga. Wszystko mu opowiedziliśmy. Ten się popłakał. Normalnie się popłakał. Dziękował nam. Już dziś o 23 Tyga miał mieć operacje. po 2 godzinach byliśmy na lotnisku w Nowym Jorku. Pojechalismy do hotelu niedaleko szpitala. Oświerzyliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Dobijała 22 więc postanowiliśmy wrócisz do hotelu. Wzieliśmy karte i znowu wstąpiliśmy do bankomatu tylko już wypłacając pieniądze. Już o 22.45 byliśmy w szpitalu. Tyga się denerwował jak my wszyscy. Po 10 minutach zawowali go. Honey przytuliła go baardzo mocno. Następnie ja. Szepnełam mu " Widzimy sie za 3 godziny braciszku"
Szeroka się do mnie uśmiechnął. Przytulił każdego i ostatni raz Honey. Szepnął jej do ucha " Kocham cię , shawty". Honi się popłakała i powiedziała, że ma żyć dla niej.
-Dla nas wszystkich!- Powiedziałam. Gdy już wchodził. Pomachał nam i wszedł. Widzieliśmy go jeszcze jak wiezli go nam sale operacyjną. Pomachaliśmy mu, ale nie odmachał bo już zasypiał.
Wszyscy się denerwowaliśmy. Co chwile ktoś z nas chodził po kawe, fante albo coś do jedzenia a gdy przychodził pytał się czy już coś wiadomo. Po ok. 4 godzinach dalej nie było nic wiadomo. Miałam już szkalne oczy. Przytuliłam mocno Honey i razem wszyscy w kółku zaczeliśmy się modlić. Gdy skończyliśmy usłyszeliśmy długie "Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii" to oznaka, że ktoś umarł. Rozryczałam się tak bardzo płakałam.
__________________________________
I jak wam się podoba? Myślicie, że Tyga umarł? Wszystkiego dowiecie się w 12 rozdziale ! <3

2 komentarze:

  1. rozdział jest po prostu boski...czekam na NN

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne. ♥
    Kocham to. ;*.
    Czekam na NN. :))

    ZAPRASZAM DO MNIE ;aslongasyouloveme12.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń