Miło spędziliśmy czas. Już o 20 lot do Vegas. Poszliśmy się przebrać. Ja ubrałam czarne getry, do tego wielką, szarą bluzke z BUKĄ. Do tego air maxy. Następnie spakowałam wszystkie ciuchy i rzeczy. Podłączyłam telefon i włączyłam telewizor. Po 15 minutach przyłączył się do mnie Justin. Oglądaliśmy "Pamiętniki wampirów". Uwielbiam to! Justina oczywiście nudziło. Komentował każdą wypowiedz aktorów. Co chwile stukałam go w ramie. Ten się tylko śmiał i robił mi na złość.
-JUSTIN CHOLERA!- W końcu krzyknełam.- ALBO SIĘ OGARNIESZ, ALBO WYJDZ.
Ten bez słowa ubrał buty i bluze Lakersów i wyszeł. Patrzyłam na drzwi, które opuścił z 15 minut. Potem potrząsnełam głową i poszłam do reszty.
-MILEY! NO WRESZCIE! MOŻEMY JUŻ JECHAĆ?!- Krzykneła Fenty.
-E TAK. - Odpowiedziałam. - Ide po rzeczy.
-Pomoge Ci! - Powiedział Rayan.
-A twoje rzeczy?
-Ja mam tylko torbe. Nie potrzebuje 2/3 szafy na dwudniowy wyjazd. - Zaśmiał się.
-Pfff.- Odpowiedział z śmiechem.
Rayn wziął moje 2 walizki a ja torbe do której włożyłam telefon, ładowarke, portfel i laptopa.
Już po 20 minuatch jechaliśmy na lotnisko. Wzywali już na lot. Wszyscy wzieliśmy swoje rzeczy i biegliśmy ile sił w nogach. Akurat zdążyliśmy przed czasem. Bałam się o Justina. Poszliśmy jeszcze szybko na odprawe i po 10 minutach szliśmy już do samolotu. Moim oczą ukazał się Justin. Flirtujący z steewardessa. Spojrzałam na niego pytająco. On odwrócił wzrok i dalej rozmawiał z dziewczyną. Popłakałam się. CO TO WOGÓLE MA ZNACZYĆ DO CHOLERY?! Biegiem wróciłam się i wyszłam z samoltu. Rayan pobiegł za mną.
-MILEY?!
-Nie chce tam iść. - Powiedziałam z płaczem.
-Ale dlaczego?!
-Widziałeś Justina?!
-E nie?!
-No właśnie!
-Ale shawty on nie jedzie tym samolotem. Jedzie wraz z twoją rodziną. Przecież nie jechał też z nami.
-Ale ja go widziałam!
-TO CHYBA NIE BYŁ ON.
-Jak to?
-Chodz. Szybko!
Wróciliśmy się do samolotu. Zajeliśmy miejsca. "Justin" usiadł obok mnie. Tak to nie był on. Inne rysy twarzy itd. Ale z daleko niczym on. Zaczął do mnie coś pieprzyć. Pokazując, że nie chce z nim rozmawiać nałożyłam słuchawki na uszy i zaczełam rozmyślać. Dalej ciekawiła mnie sytuacja, która stała się rano. Usnełam...
Po 2 godzinach się obudziłam. Dokładnie Rayan mnie obudził.
sobota, 21 września 2013
poniedziałek, 16 września 2013
Przerwa- znowu -,-
Nie! To nie tak, że nie mam weny! Mam wielką :c Ale dostałam kare- za wagarowanie. No nie moja wina, że nie lubie Matmy i muzyki -,- Zabrali mi telefon, nie moge nigdzie wychodzić a teraz ci najgorsze. Wszystko co mam z Bieberem musze ściagnąc bo inaczej zrobią to moi rodzice tylko ze to porwą i wyrzucą (ja mam możliwośc schowania) :c to straszne. Wróce od razu jak skoncy mi sie kara! Przeprfaszam ,. <3
niedziela, 15 września 2013
Rozdział 12 !
Po chwili wyszedł lekarz. Oczy miał szklane.
-PRZYKRO MI TAK?! STARAŁEM SIĘ. - Krzyknął do nas i poszedł.
Płakaliśmy, krzyczeliśmy dlaczego nas braciszek? Po chwili wyszła pielęgniarka.
-Ej młodzi, dlaczego wy tak płaczecie? Można już wejść do pacjenta. Operacja się udała.
-Ale lekarz...- Zaczełam.
-Taak. Musiał was pomylić. Inny pacjent miał w tym samym momencie operacje tylko na innej sali i niestety zmarł. To starszy pan. Nie ma nikogo. Ale dość płakanie. Usmiechy na buzi i do pacjenta 1...2...3!
Z bananami na twarzy wparowaliśmy do sali. Tyga, gdy nas zobaczył szeroko się uśmiechnął. Widocznie już nie śpi. Mocno go przytuliłam a po mnie Honi.
-Ej a wy co? Można jedzcie do hotelu. Wyśpijcie się.
-Nie zostawimy cię! - Powiedzialam.
-Miley on ma racje. Jedzcie! Ja z nim zostane. Najwyżej jutro będzie zmiana!- Powiedział Honi
Zgodziłam się. Wszyscy procz Honey pojechali wraz ze mną do hotelu. Przbrałam się w pidżame i położyłam się do łóżka. Napisałam do Justina sms, gdyż nie mógł z nami jechać. Ma też swoje obowiązki. Gang itd.
*Wiadomość do: Justin*
Hej kochanie <3 Co tam u ciebie? Operacja się udała. Honey została w szpitalu z Tygą a my jesteśmy w hotelu. Ide zaraz spać. Jestem padnięta. Kocham cię.
Wysłałam po czym położyłam telefon na szafke koło łóżka. Następnie udałam się w kraine snów.
*Następny dzień*
Obudziłam się o 13. Nikogo nie było w domu. Na placie w kuchni leżała karteczka.
"Miley dziękujemy Ci za to jaka dla nas jesteś! Dziś jest twój dzień - twoje urodziny! HAPPY BIRTHDAY! Zapomniałaś c'nie? Ha Ha Ha no to my Ci przypominamy. Nie wychodz dziś z hotelu! Nawet z pokoju. Prosimy. Mamy nadzieje, że się wyspałaś. Bądz gotowa na 18 ktoś z nas po ciebie przyjdzie"
O kurde! Moje urodziny! Kończe dziś 18 lat. No wreszcie. Ha ha ha zapomniałam o tym, serio! Ciekawe co dla mnie szykują. Chciałam wyjść chociaż popatrzeć za drzwi. - Pomyśleli o tym. Zamkneli je. Postanowiłam coś obejrzeć. Włączyłam jakiś horror. Z rana- Eeee? No coment.
Dobra Ciii... JEST POPOŁUDNIE. Ale sam fakt ;/ Bo 10 minutach wyłączyłam- był nudny jak cholera. Otworzyłam lodówke. - Oooo! O tym też pomyśleli. Zrobiłam sobie tosty z serem i szynką. Już po 15 minutach się zajadałam. Gdy byłam już najedzona postanowiłam, że odwiedze serwisy społecznościowe, na których serio dawno nie byłam. No to tak. Pierwszy Facebook- 156 zaproszeń do grona znajomych, 35 wiadomości, 2346 powiadomień. Ja pierdole. Łohohohoho. Zaczełam przyjmować zaproszenia. Większość do ludzie z mojej szkoły. Następnie czytałam wiadomości. Chętnie na więszkość odpisywałam. Jedna mnie troche zaniepokoiła-grośba. "zniszcze cię suko" Odpisałam "Kozak w necie, pizda w świecie. Rozwale Ci łeb jak tylko psotkam kochanie".
Następnie powiadomienia! OMG. Dobra było 457 z urodzin. Nie odpisywałam na każdy komentarz. Poprostu walnełam posta. "dzięki za życzenia" Było mnóstwo zaproszeń do gier. Ja pierdole nie mam co robić tylko grać w internetowe gry? Moje życie i tak jest prawie jak gra. Jeden zły ruch i moge zginąć. Dobra koniec fejsa. Weszłam na twittera. Pooglądałam troche twitów Justina. Jej pełno naszych zdjęć z dopiskami "My shawty" , "My princess" , a jedno " Taki mały smerf". Śmiesznie to wylądało. Ja na obcasach przy miarce i wzrost tylko 158 cm. Hahahahaah 18 lat. Jeeej. Zbliżała się 16. Zamierzałam napisać posta z przeprosinami na blogu. "Kochani przepraszam was! Nie długo to się zmieni. Posty będą dodawane itd. Teraz się spiesze bo mam dzś urodziny a moim przyjaciele są strasznymi idiotami. Hahhahaha kocham was" Poszłam się wykąpać długa relaksująca kąpiel z bąbelkami. Umyłam włosy, po około 30 minutach wyszłam z wanny. Nałóżyłam majtki i stanik i poszłam szukać dobrych ciuchów na dziś. Postanowiłam że ubiore jakąś sukienke. Szukałam dobre 15 minut. Taaak! Spakowałam większość mojej garderoby. Nie mogłam nic znalezc dobrego. Szukałam jeszcze 15 minut. Ktoś zapukał do drzwi. Chyba uciekł, ale zostawił karteczke.
"Miley kochanie. Podejrzewamy, że nie masz znowu co ubrać. Pomyśleliśmy o tym. Zobacz w mojej szafie. Fenty"
Otworzyłam ją. W niebieskim "worku" coś było. Wyjełam a tam śliczna sukienka. Miętowa. Bez ramiączek, na piersiach miałam miętowe, błyszczące cekiny a reszta była taka jakby koronka. Ta sukienka była śliczna. Ubrałam ją. Pasowałam jak ulał. Po chwili jednak ją ściagnęłam. Poszłam szybko się umalować. Zrobiłam kreski, pomalowałam powieki na kolor różowo-miętowy, jeszcze dałam troche pudru, różu pomalowałam rzęsy a na koniec nałóżyłam na usta rożową pomadke, która pasowała do kolory powiek. Dochodziła już 17.50. Poszłam ubrac sukienke i różowe butki na obcasie. Wyglądałam cudownie. Równo o 18 drzwi się otwierały. Stanął w nich Rayan.
-Shawty, wyglądasz cudownie! Najlepszego powiedział po czym do mnie podszedł i mnie podniósł i przytulił. A teraz idziemy. Już chciałam wychodzić ale ten głupek musiał mnie zatrzymać.
-Miley...e.e.Jeszcze to. - Wskazał na chuste.
-Serio? - Zrobiłam krzywą mine.
-Chodz tu. - Wzkazał. Poszłam a co innego miałam zrobić? Zawiązał mi oczy. Złapał od tyłu i zaczął mnie prowadzić. Mogłam usłyszeć i poczuć, że wyszliśmy na dwór. Gdzies jeszcze śliśmy z 5 minut. Po chwili słyszłam, że Rayan dostał sms. Stanął i odczytal wiadomość. Dalej szliśmy i już po 3 minuatch weszliśmy do jakiegoś budynku. Rayan ode mnie odszedł czułam. Po chwili jednak już stanął obok mnie.
-Jesteś gotowa? - Zapytal.
-TAK! - Odpowiedziałam.
-Rozwiązał mi chustke. W pomieszczeniu jednak było zgaszone świało. Słyszłam szepty.
-1...2...3...! -śwaitło się zapaliło. Wszyscy wyskoczyli. Zaczeli spiewać mi Happy Birthday. Sala było ustrojona prześlicznie. Balony,serpentyny, reflektory, muzyka, dj. Zauważyłam pzyjaciół z gangu Justina, ale bez Justina, jeszcze przyjaciół ze szkoły i z mojego gangu. Zwrokiem szukałam Justina ale nie mogłam go dostrzec. Wyszłam na chwile przed budynek. Mogłam zauwazyc ze był to dookola szklane duże pomieszczenie. Było mi zimno więc weszłam do środka. Zapaliły się reflektory na mnie. Ktoś zaczął coś mówić ale nie mogłam wypatrzeć skąd. Wszyscy znowu zaczeli śpiewać Happy Birthday. Wjechał OGROMNY 4 piętrowy tort. Z zdjęciami moimi, z Justinem, z Całym gangiem i ze szkoły. Popłakałam się. Nagle ten "tort" się otworzył i wyskoczył z niego Justin. Hahahha idiota! Mocno mnie przytulił i szepnął do ucha "SHAWTY! WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO" Po 2 minuatch wjechał- mam nadzieje już normalny tort. Był identyczny jak tamty. Zaczeli go kroić i podawać. Dostałam kawałek z lukrowym jakby zdjęciem w ramce moim i Justina. Uśmiechanełam się. Przetańczyłam całą noc. O 15 następnego dnia obudziłam się w swoim łóżku. Głowa mnie napierdalała. Kac. Ahrg. Obok mnie leżał Justin. Cichutko wyszłam z łóżka i postanowiłam, że zrobie śniadanie. Miałam już brać patelnie ale oczywiście garnek, który był pod nią mi spadł na ziemie i obudziłam Justina.
-Shawty!? Co ty robisz.
-Chciałam śniadanie nie spodzianka.
-Ej mała zaraz idziemy na śniadanie ze wszystkimi. Która jest?
-15.
-Ze co?! Stanął na proste nogi. Ej dobra, śniadanie chyba jednak nie. Idziemy o 16 na obiad. Ubieraj się.
Poszłam wziązc prysznic. Ubrałam dresowe spodnie z nike. Do tego bluzke do pępka na tak jakby ramiączkach z napisem "Forever Young" i do tego buty air max.
Zeszłam na dół i pofalowałam końcówki moich włosów. W sumie wygladałam niezle. "skromność"
Po 15 minuatch przyszedł Justin. Miał ubrane spodnie (oczywiście było mu widać półowe bokserek) do tego czarną koszulke z szarą kiesząnką po boku. I niebieski buty NEO. Wyglądał seksownie. Podeszłam do niego i zaczełam go namiętnie całować. Potem zeszliśmy na dół i zauważyliśmy czekających przyjaciól. Wszyscy poszliśmy do restauracji.
-PRZYKRO MI TAK?! STARAŁEM SIĘ. - Krzyknął do nas i poszedł.
Płakaliśmy, krzyczeliśmy dlaczego nas braciszek? Po chwili wyszła pielęgniarka.
-Ej młodzi, dlaczego wy tak płaczecie? Można już wejść do pacjenta. Operacja się udała.
-Ale lekarz...- Zaczełam.
-Taak. Musiał was pomylić. Inny pacjent miał w tym samym momencie operacje tylko na innej sali i niestety zmarł. To starszy pan. Nie ma nikogo. Ale dość płakanie. Usmiechy na buzi i do pacjenta 1...2...3!
Z bananami na twarzy wparowaliśmy do sali. Tyga, gdy nas zobaczył szeroko się uśmiechnął. Widocznie już nie śpi. Mocno go przytuliłam a po mnie Honi.
-Ej a wy co? Można jedzcie do hotelu. Wyśpijcie się.
-Nie zostawimy cię! - Powiedzialam.
-Miley on ma racje. Jedzcie! Ja z nim zostane. Najwyżej jutro będzie zmiana!- Powiedział Honi
Zgodziłam się. Wszyscy procz Honey pojechali wraz ze mną do hotelu. Przbrałam się w pidżame i położyłam się do łóżka. Napisałam do Justina sms, gdyż nie mógł z nami jechać. Ma też swoje obowiązki. Gang itd.
*Wiadomość do: Justin*
Hej kochanie <3 Co tam u ciebie? Operacja się udała. Honey została w szpitalu z Tygą a my jesteśmy w hotelu. Ide zaraz spać. Jestem padnięta. Kocham cię.
Wysłałam po czym położyłam telefon na szafke koło łóżka. Następnie udałam się w kraine snów.
*Następny dzień*
Obudziłam się o 13. Nikogo nie było w domu. Na placie w kuchni leżała karteczka.
"Miley dziękujemy Ci za to jaka dla nas jesteś! Dziś jest twój dzień - twoje urodziny! HAPPY BIRTHDAY! Zapomniałaś c'nie? Ha Ha Ha no to my Ci przypominamy. Nie wychodz dziś z hotelu! Nawet z pokoju. Prosimy. Mamy nadzieje, że się wyspałaś. Bądz gotowa na 18 ktoś z nas po ciebie przyjdzie"
O kurde! Moje urodziny! Kończe dziś 18 lat. No wreszcie. Ha ha ha zapomniałam o tym, serio! Ciekawe co dla mnie szykują. Chciałam wyjść chociaż popatrzeć za drzwi. - Pomyśleli o tym. Zamkneli je. Postanowiłam coś obejrzeć. Włączyłam jakiś horror. Z rana- Eeee? No coment.
Dobra Ciii... JEST POPOŁUDNIE. Ale sam fakt ;/ Bo 10 minutach wyłączyłam- był nudny jak cholera. Otworzyłam lodówke. - Oooo! O tym też pomyśleli. Zrobiłam sobie tosty z serem i szynką. Już po 15 minutach się zajadałam. Gdy byłam już najedzona postanowiłam, że odwiedze serwisy społecznościowe, na których serio dawno nie byłam. No to tak. Pierwszy Facebook- 156 zaproszeń do grona znajomych, 35 wiadomości, 2346 powiadomień. Ja pierdole. Łohohohoho. Zaczełam przyjmować zaproszenia. Większość do ludzie z mojej szkoły. Następnie czytałam wiadomości. Chętnie na więszkość odpisywałam. Jedna mnie troche zaniepokoiła-grośba. "zniszcze cię suko" Odpisałam "Kozak w necie, pizda w świecie. Rozwale Ci łeb jak tylko psotkam kochanie".
Następnie powiadomienia! OMG. Dobra było 457 z urodzin. Nie odpisywałam na każdy komentarz. Poprostu walnełam posta. "dzięki za życzenia" Było mnóstwo zaproszeń do gier. Ja pierdole nie mam co robić tylko grać w internetowe gry? Moje życie i tak jest prawie jak gra. Jeden zły ruch i moge zginąć. Dobra koniec fejsa. Weszłam na twittera. Pooglądałam troche twitów Justina. Jej pełno naszych zdjęć z dopiskami "My shawty" , "My princess" , a jedno " Taki mały smerf". Śmiesznie to wylądało. Ja na obcasach przy miarce i wzrost tylko 158 cm. Hahahahaah 18 lat. Jeeej. Zbliżała się 16. Zamierzałam napisać posta z przeprosinami na blogu. "Kochani przepraszam was! Nie długo to się zmieni. Posty będą dodawane itd. Teraz się spiesze bo mam dzś urodziny a moim przyjaciele są strasznymi idiotami. Hahhahaha kocham was" Poszłam się wykąpać długa relaksująca kąpiel z bąbelkami. Umyłam włosy, po około 30 minutach wyszłam z wanny. Nałóżyłam majtki i stanik i poszłam szukać dobrych ciuchów na dziś. Postanowiłam że ubiore jakąś sukienke. Szukałam dobre 15 minut. Taaak! Spakowałam większość mojej garderoby. Nie mogłam nic znalezc dobrego. Szukałam jeszcze 15 minut. Ktoś zapukał do drzwi. Chyba uciekł, ale zostawił karteczke.
"Miley kochanie. Podejrzewamy, że nie masz znowu co ubrać. Pomyśleliśmy o tym. Zobacz w mojej szafie. Fenty"
Otworzyłam ją. W niebieskim "worku" coś było. Wyjełam a tam śliczna sukienka. Miętowa. Bez ramiączek, na piersiach miałam miętowe, błyszczące cekiny a reszta była taka jakby koronka. Ta sukienka była śliczna. Ubrałam ją. Pasowałam jak ulał. Po chwili jednak ją ściagnęłam. Poszłam szybko się umalować. Zrobiłam kreski, pomalowałam powieki na kolor różowo-miętowy, jeszcze dałam troche pudru, różu pomalowałam rzęsy a na koniec nałóżyłam na usta rożową pomadke, która pasowała do kolory powiek. Dochodziła już 17.50. Poszłam ubrac sukienke i różowe butki na obcasie. Wyglądałam cudownie. Równo o 18 drzwi się otwierały. Stanął w nich Rayan.
-Shawty, wyglądasz cudownie! Najlepszego powiedział po czym do mnie podszedł i mnie podniósł i przytulił. A teraz idziemy. Już chciałam wychodzić ale ten głupek musiał mnie zatrzymać.
-Miley...e.e.Jeszcze to. - Wskazał na chuste.
-Serio? - Zrobiłam krzywą mine.
-Chodz tu. - Wzkazał. Poszłam a co innego miałam zrobić? Zawiązał mi oczy. Złapał od tyłu i zaczął mnie prowadzić. Mogłam usłyszeć i poczuć, że wyszliśmy na dwór. Gdzies jeszcze śliśmy z 5 minut. Po chwili słyszłam, że Rayan dostał sms. Stanął i odczytal wiadomość. Dalej szliśmy i już po 3 minuatch weszliśmy do jakiegoś budynku. Rayan ode mnie odszedł czułam. Po chwili jednak już stanął obok mnie.
-Jesteś gotowa? - Zapytal.
-TAK! - Odpowiedziałam.
-Rozwiązał mi chustke. W pomieszczeniu jednak było zgaszone świało. Słyszłam szepty.
-1...2...3...! -śwaitło się zapaliło. Wszyscy wyskoczyli. Zaczeli spiewać mi Happy Birthday. Sala było ustrojona prześlicznie. Balony,serpentyny, reflektory, muzyka, dj. Zauważyłam pzyjaciół z gangu Justina, ale bez Justina, jeszcze przyjaciół ze szkoły i z mojego gangu. Zwrokiem szukałam Justina ale nie mogłam go dostrzec. Wyszłam na chwile przed budynek. Mogłam zauwazyc ze był to dookola szklane duże pomieszczenie. Było mi zimno więc weszłam do środka. Zapaliły się reflektory na mnie. Ktoś zaczął coś mówić ale nie mogłam wypatrzeć skąd. Wszyscy znowu zaczeli śpiewać Happy Birthday. Wjechał OGROMNY 4 piętrowy tort. Z zdjęciami moimi, z Justinem, z Całym gangiem i ze szkoły. Popłakałam się. Nagle ten "tort" się otworzył i wyskoczył z niego Justin. Hahahha idiota! Mocno mnie przytulił i szepnął do ucha "SHAWTY! WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO" Po 2 minuatch wjechał- mam nadzieje już normalny tort. Był identyczny jak tamty. Zaczeli go kroić i podawać. Dostałam kawałek z lukrowym jakby zdjęciem w ramce moim i Justina. Uśmiechanełam się. Przetańczyłam całą noc. O 15 następnego dnia obudziłam się w swoim łóżku. Głowa mnie napierdalała. Kac. Ahrg. Obok mnie leżał Justin. Cichutko wyszłam z łóżka i postanowiłam, że zrobie śniadanie. Miałam już brać patelnie ale oczywiście garnek, który był pod nią mi spadł na ziemie i obudziłam Justina.
-Shawty!? Co ty robisz.
-Chciałam śniadanie nie spodzianka.
-Ej mała zaraz idziemy na śniadanie ze wszystkimi. Która jest?
-15.
-Ze co?! Stanął na proste nogi. Ej dobra, śniadanie chyba jednak nie. Idziemy o 16 na obiad. Ubieraj się.
Poszłam wziązc prysznic. Ubrałam dresowe spodnie z nike. Do tego bluzke do pępka na tak jakby ramiączkach z napisem "Forever Young" i do tego buty air max.
Zeszłam na dół i pofalowałam końcówki moich włosów. W sumie wygladałam niezle. "skromność"
Po 15 minuatch przyszedł Justin. Miał ubrane spodnie (oczywiście było mu widać półowe bokserek) do tego czarną koszulke z szarą kiesząnką po boku. I niebieski buty NEO. Wyglądał seksownie. Podeszłam do niego i zaczełam go namiętnie całować. Potem zeszliśmy na dół i zauważyliśmy czekających przyjaciól. Wszyscy poszliśmy do restauracji.
sobota, 14 września 2013
Rozdział 11 :)
Lekarz przybiegł po 10 sekundach. Opowiedziałam mu wszystko ze szczegołami.
-Ah tak. Zapomniałem. Przez nie wiadomo jaki czas pacjentka zapomni dużo rzeczy. Trzeba jej przypomnieć.
-A dobrze. Dziękuje.
-Nie ma za co.- uśmiechnął się i poszedł.
Usiadłam spowrotem obok łóżka Honi.
-Honey to ja. Miley. Jestem twoją siostrą.
Przypomniałam jej wszystko. O gangu, naszym domu, Justinie i jak tu się znalazła.
-Miley już pamiętam! To nie przez ciebie. Dzwoniłam do ciebie bo się pokłóciłam z Tygą. Nie miałam komu się wyżalić, dlatego to zrobiłam. - Wzkazała na rękę. - Kochanie przepraszam.
-Ty?! Za co?! To ja powinnam za to, że nie było mnie przy tobię gdy mnie potrzebowałaś.
-Oj przestań. Ej kiedy będę mogła wyjść? Muszę z Tygą pogadać.
-To nie będzie konieczne. - odpowiedziałam.
Poszłam do drzwi po czym wpuściłam - TYGE. A sama wyszłam.
Postanowiłam pojechać do domu się odrzwierzyć. Wziełam taxi i powiedziałam wyznaczoną ulice.
Gdy dojechaliśmy pociągnełam za klamke. Na kanapie siedział Justin oglądając mecz z Alferdo. Krzywo się spojrzałam i poszłam na góre. Po 45 minutach zeszłam. Umyta, ubrana i umalowana. Miałam krótkie dzinsowe spodenki z ćwiekami na kieszeniach, do tego białą bluzke w widocznym stanikiem po bokach z kolorowymi napisami "I'am Princes, Bich", i białymi butkami na obasie. Alferdo, Justin, Fenty i Rayan spojrzali na mnie z niedowierzeniem.
-No co? - Zrobiłam dziwną mine.
-Jej! Miley - jak ty ślicznie wyglądasz kochanie.- krzykneła Fenty.
-Jestem normalnie ubrana?
-Przez te obcasy wydajesz się troszke większa. - zaśmiał się Justin.
Rzuciłam się na niego i zaczełam walić poduszką. Potem tem mi ją odebrał i zaczął gonić po całym domu. Potknełam się o kabel od komputera i gdyby nie Rayan, bym upadła i kafelki w kuchni.
-Mogłaś zrobić sobie krzywde- Powiedział i paluszkiem dotknął mojego noska.
-Kochanie nic Ci nie jest- Krzyknął zestresowny Justin.
-Spokojnie jest okey. - Uśmiechnełam się.
Justin podniósł mnie wysooooko i przytulił. Łoo w końcu byłam od niego wyższa.
Nie chcę być taka niziutka. :c
-Juuuuustin i reszta jedziemy na basen?
-Dla mnie spoko- Wrzasnął Alferdo.
-No ok. - Powiedziała Fenty.
Wszyscy poszli się ogarnąć.
Po 25 minutach wyszliśmy z domu. O Honey się nie martwiłam był z nią Alfredo. Na Basenie byliśmy z dobre 3 godziny. Naprawde świetnie się bawiliśmy. Rayan z Alfredo i Justinem wzieli mnie i rzucili do wody. Trójca debili. Hhahahahah.
Gdy poszliśmy się przebierać zauważyłam, że mój telefon ciągle wybruje. Była to Honey. Zrobiłam przerażoną mine.
*Rozmowa Telefoniczna*
-Tak Honi?
-Miley! Przyjedz! - Powiedziała Honi z płaczem i się rozłączyła.
-JUSTIN!- Krzyknełam. Wparował do mnie w 2 sekundy. - Honey, ona do mnie dzwoniła- Opowiedziałam mu wszystko.
-Ubieraj się szybko. - Powiedział.- Ja ide juz do auta.
Ubrałam najszybciej jak potrafiłam ubrania na zmiane.
-Chodzcie- Rzuciłam do reszty.
-Miley słyszeliśmy wszystko. Jedz z Justinem. My pojedziemy Taxi. Serio! Biegnij.
Nie zważałam już na wszystko inne. Pobiegłam do auta. Gdy weszłam Justin wrzucił gazu i koło szpitalu byliśmy już po 9 minutach. Jak najszybciej poszłam do sali Honey.
-HONEY?! Co się stało. - Widziałam ją całą zapłakaną.
-Miley!- Dalej płakała. -Tyga... On ma raka!
Moje oczy stały się szklane. Mój braciszek niedługo umrze? Co?! To nie możliwe.
-On musi mieć operacje i to jak najszybciej ale do tego potrzebna jest niesamowita kwota. Aż 1000000000$.
Zakrztusiłam się na samą myśl. Że co?! Nie mamy takiej kasy. No może mamy, ale to na dom, jedzenie itd.
-Honey, wymyślimy coś. Nie dam mu umrzeć. Obiecuje. - Mocno ją przytuliłam. Biedactwo moje. Bo 10 minutach wparował Justin. Widział nas obie przytulające się i płaczące.
Od razu wyszłam z nim za drzwi i mu wszystko opowiadziałam. Ten mocno mnie przytulił.
-Miley zdobędziemy tą kase. Obiecuje Ci Kochanie.
Dalej płakałam. Jak na ten dzień za dużo wrażeń. Czemu to wszystko musiało mi się dziać.
Miałam zamiar poszukać lekarza. Po 15 minuatch go znalazła.
-O Miley! Własnie chciałem do ciebie dzwonić. Można Honey już wypisać. Stan się poprawił i jest wszystko okey.
-Właśnie pana chciałam o to zapytać. Dziękuje. Dowidzenia.
Poszłam do sali Honey i powiedziałam, że może już wyjść. Ta troche w lepszym chumorze poszła się ubrać. Już po 30 minutach byliśmy w drodze do domu. Gdy dojechaliśmy opowiedzieliśmy wszystko reszcie. Oczywiście WSZYSCY płakali.
Po 20 minuatch jako jedyny ogarnął się Fredo.
-Trzeba zrobić plan. Nie ma innego wyjścia.
Zabraliśmy się do pracy. Tak nasz plan był okropny. Pełno kradzieży itd. ale w końcu udało nam się. Już po 2 godzinach bylyśmy pod najwięszym bankiem w Las Vegas. Przyłączyli się do nas gang Justina. Wszyscy ubraliśmy kominiarki. Mieliśmy czarne ubrania i pistolety z pełną amunicją. Do tego mieliśmy jeszcze pochowane np. w staniku inne pistolety. Czekaliśmy na dobry moment. Po 5 minuatch wtargneliśmy do banku. Zaczeliśmy strzelać na wszystkie strony. Zabraliśmy wszystko ludzią telefony, portfele, torebki. Wszystko co mieli przy sobie. Potem zaczeliśmy wynosić wszystko z małego skarbca. Pakowaliśmy w worki i do auta. Oczywiście wychodzilismy drugą stroną żeby nie było widać nic podejrzanego. Wszystkie wejścia (oprócz) tylniego zamkneliśmy, aby nikt nie mógł nic zobaczyć ani wejść. Justin i ja staliśmy przy tych biednych ludziach. Z wyłożonymi pistoletami. Jedna mała dziewczynka zaczeła cicho szeptać.
-Panie Boże pomódl się za nas wszystkich. Co my Ci uczyniliśmy? Chcemy być tylko twoimi dziećmy Bożymi.
Strsznie mnie to wzruszyło. Poleciała mi łza ale naszczęście nie było jej widać przez czarną komiarke na mojej głowie. Gdy Fredo dał nam znak uciekliśmy. Wróciłam się jeszcze i szepnełam tej małej dziewczynce, która przedtem się modliła "Spokojnie. Żyjesz. I będziesz żyła. Bóg jest z tobą." Po czym jej pomachałam. Ta się zaś uśmiechneła i krzykneła "Dziękuje Boże"
Szybko uciekliśmy do auta i pojechaliśmy. Mieliśmy kase. To najważniejsze. Przebraliśmy się i pojechaliśmy do szpitala. Wstąpiliśmy jeszcze do bankomatu i całą kase daliśmy na karte. Następnie (Tyga już z nami był) pojechaliśmy na lotnisko. Bilety mielismy już kupione. Poszliśmy na odprawe i lecieliśmy już do Nowego Jorku- tam miał mieć operacje Tyga. Wszystko mu opowiedziliśmy. Ten się popłakał. Normalnie się popłakał. Dziękował nam. Już dziś o 23 Tyga miał mieć operacje. po 2 godzinach byliśmy na lotnisku w Nowym Jorku. Pojechalismy do hotelu niedaleko szpitala. Oświerzyliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Dobijała 22 więc postanowiliśmy wrócisz do hotelu. Wzieliśmy karte i znowu wstąpiliśmy do bankomatu tylko już wypłacając pieniądze. Już o 22.45 byliśmy w szpitalu. Tyga się denerwował jak my wszyscy. Po 10 minutach zawowali go. Honey przytuliła go baardzo mocno. Następnie ja. Szepnełam mu " Widzimy sie za 3 godziny braciszku"
Szeroka się do mnie uśmiechnął. Przytulił każdego i ostatni raz Honey. Szepnął jej do ucha " Kocham cię , shawty". Honi się popłakała i powiedziała, że ma żyć dla niej.
-Dla nas wszystkich!- Powiedziałam. Gdy już wchodził. Pomachał nam i wszedł. Widzieliśmy go jeszcze jak wiezli go nam sale operacyjną. Pomachaliśmy mu, ale nie odmachał bo już zasypiał.
Wszyscy się denerwowaliśmy. Co chwile ktoś z nas chodził po kawe, fante albo coś do jedzenia a gdy przychodził pytał się czy już coś wiadomo. Po ok. 4 godzinach dalej nie było nic wiadomo. Miałam już szkalne oczy. Przytuliłam mocno Honey i razem wszyscy w kółku zaczeliśmy się modlić. Gdy skończyliśmy usłyszeliśmy długie "Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii" to oznaka, że ktoś umarł. Rozryczałam się tak bardzo płakałam.
__________________________________
I jak wam się podoba? Myślicie, że Tyga umarł? Wszystkiego dowiecie się w 12 rozdziale ! <3
-Ah tak. Zapomniałem. Przez nie wiadomo jaki czas pacjentka zapomni dużo rzeczy. Trzeba jej przypomnieć.
-A dobrze. Dziękuje.
-Nie ma za co.- uśmiechnął się i poszedł.
-Honey to ja. Miley. Jestem twoją siostrą.
Przypomniałam jej wszystko. O gangu, naszym domu, Justinie i jak tu się znalazła.
-Miley już pamiętam! To nie przez ciebie. Dzwoniłam do ciebie bo się pokłóciłam z Tygą. Nie miałam komu się wyżalić, dlatego to zrobiłam. - Wzkazała na rękę. - Kochanie przepraszam.
-Ty?! Za co?! To ja powinnam za to, że nie było mnie przy tobię gdy mnie potrzebowałaś.
-Oj przestań. Ej kiedy będę mogła wyjść? Muszę z Tygą pogadać.
-To nie będzie konieczne. - odpowiedziałam.
Poszłam do drzwi po czym wpuściłam - TYGE. A sama wyszłam.
Postanowiłam pojechać do domu się odrzwierzyć. Wziełam taxi i powiedziałam wyznaczoną ulice.
Gdy dojechaliśmy pociągnełam za klamke. Na kanapie siedział Justin oglądając mecz z Alferdo. Krzywo się spojrzałam i poszłam na góre. Po 45 minutach zeszłam. Umyta, ubrana i umalowana. Miałam krótkie dzinsowe spodenki z ćwiekami na kieszeniach, do tego białą bluzke w widocznym stanikiem po bokach z kolorowymi napisami "I'am Princes, Bich", i białymi butkami na obasie. Alferdo, Justin, Fenty i Rayan spojrzali na mnie z niedowierzeniem.
-No co? - Zrobiłam dziwną mine.
-Jej! Miley - jak ty ślicznie wyglądasz kochanie.- krzykneła Fenty.
-Jestem normalnie ubrana?
-Przez te obcasy wydajesz się troszke większa. - zaśmiał się Justin.
Rzuciłam się na niego i zaczełam walić poduszką. Potem tem mi ją odebrał i zaczął gonić po całym domu. Potknełam się o kabel od komputera i gdyby nie Rayan, bym upadła i kafelki w kuchni.
-Mogłaś zrobić sobie krzywde- Powiedział i paluszkiem dotknął mojego noska.
-Kochanie nic Ci nie jest- Krzyknął zestresowny Justin.
-Spokojnie jest okey. - Uśmiechnełam się.
Justin podniósł mnie wysooooko i przytulił. Łoo w końcu byłam od niego wyższa.
Nie chcę być taka niziutka. :c
-Juuuuustin i reszta jedziemy na basen?
-Dla mnie spoko- Wrzasnął Alferdo.
-No ok. - Powiedziała Fenty.
Wszyscy poszli się ogarnąć.
Po 25 minutach wyszliśmy z domu. O Honey się nie martwiłam był z nią Alfredo. Na Basenie byliśmy z dobre 3 godziny. Naprawde świetnie się bawiliśmy. Rayan z Alfredo i Justinem wzieli mnie i rzucili do wody. Trójca debili. Hhahahahah.
Gdy poszliśmy się przebierać zauważyłam, że mój telefon ciągle wybruje. Była to Honey. Zrobiłam przerażoną mine.
*Rozmowa Telefoniczna*
-Tak Honi?
-Miley! Przyjedz! - Powiedziała Honi z płaczem i się rozłączyła.
-JUSTIN!- Krzyknełam. Wparował do mnie w 2 sekundy. - Honey, ona do mnie dzwoniła- Opowiedziałam mu wszystko.
-Ubieraj się szybko. - Powiedział.- Ja ide juz do auta.
Ubrałam najszybciej jak potrafiłam ubrania na zmiane.
-Chodzcie- Rzuciłam do reszty.
-Miley słyszeliśmy wszystko. Jedz z Justinem. My pojedziemy Taxi. Serio! Biegnij.
Nie zważałam już na wszystko inne. Pobiegłam do auta. Gdy weszłam Justin wrzucił gazu i koło szpitalu byliśmy już po 9 minutach. Jak najszybciej poszłam do sali Honey.
-HONEY?! Co się stało. - Widziałam ją całą zapłakaną.
-Miley!- Dalej płakała. -Tyga... On ma raka!
Moje oczy stały się szklane. Mój braciszek niedługo umrze? Co?! To nie możliwe.
-On musi mieć operacje i to jak najszybciej ale do tego potrzebna jest niesamowita kwota. Aż 1000000000$.
Zakrztusiłam się na samą myśl. Że co?! Nie mamy takiej kasy. No może mamy, ale to na dom, jedzenie itd.
-Honey, wymyślimy coś. Nie dam mu umrzeć. Obiecuje. - Mocno ją przytuliłam. Biedactwo moje. Bo 10 minutach wparował Justin. Widział nas obie przytulające się i płaczące.
Od razu wyszłam z nim za drzwi i mu wszystko opowiadziałam. Ten mocno mnie przytulił.
-Miley zdobędziemy tą kase. Obiecuje Ci Kochanie.
Dalej płakałam. Jak na ten dzień za dużo wrażeń. Czemu to wszystko musiało mi się dziać.
Miałam zamiar poszukać lekarza. Po 15 minuatch go znalazła.
-O Miley! Własnie chciałem do ciebie dzwonić. Można Honey już wypisać. Stan się poprawił i jest wszystko okey.
-Właśnie pana chciałam o to zapytać. Dziękuje. Dowidzenia.
Poszłam do sali Honey i powiedziałam, że może już wyjść. Ta troche w lepszym chumorze poszła się ubrać. Już po 30 minutach byliśmy w drodze do domu. Gdy dojechaliśmy opowiedzieliśmy wszystko reszcie. Oczywiście WSZYSCY płakali.
Po 20 minuatch jako jedyny ogarnął się Fredo.
-Trzeba zrobić plan. Nie ma innego wyjścia.
Zabraliśmy się do pracy. Tak nasz plan był okropny. Pełno kradzieży itd. ale w końcu udało nam się. Już po 2 godzinach bylyśmy pod najwięszym bankiem w Las Vegas. Przyłączyli się do nas gang Justina. Wszyscy ubraliśmy kominiarki. Mieliśmy czarne ubrania i pistolety z pełną amunicją. Do tego mieliśmy jeszcze pochowane np. w staniku inne pistolety. Czekaliśmy na dobry moment. Po 5 minuatch wtargneliśmy do banku. Zaczeliśmy strzelać na wszystkie strony. Zabraliśmy wszystko ludzią telefony, portfele, torebki. Wszystko co mieli przy sobie. Potem zaczeliśmy wynosić wszystko z małego skarbca. Pakowaliśmy w worki i do auta. Oczywiście wychodzilismy drugą stroną żeby nie było widać nic podejrzanego. Wszystkie wejścia (oprócz) tylniego zamkneliśmy, aby nikt nie mógł nic zobaczyć ani wejść. Justin i ja staliśmy przy tych biednych ludziach. Z wyłożonymi pistoletami. Jedna mała dziewczynka zaczeła cicho szeptać.
-Panie Boże pomódl się za nas wszystkich. Co my Ci uczyniliśmy? Chcemy być tylko twoimi dziećmy Bożymi.
Strsznie mnie to wzruszyło. Poleciała mi łza ale naszczęście nie było jej widać przez czarną komiarke na mojej głowie. Gdy Fredo dał nam znak uciekliśmy. Wróciłam się jeszcze i szepnełam tej małej dziewczynce, która przedtem się modliła "Spokojnie. Żyjesz. I będziesz żyła. Bóg jest z tobą." Po czym jej pomachałam. Ta się zaś uśmiechneła i krzykneła "Dziękuje Boże"
Szybko uciekliśmy do auta i pojechaliśmy. Mieliśmy kase. To najważniejsze. Przebraliśmy się i pojechaliśmy do szpitala. Wstąpiliśmy jeszcze do bankomatu i całą kase daliśmy na karte. Następnie (Tyga już z nami był) pojechaliśmy na lotnisko. Bilety mielismy już kupione. Poszliśmy na odprawe i lecieliśmy już do Nowego Jorku- tam miał mieć operacje Tyga. Wszystko mu opowiedziliśmy. Ten się popłakał. Normalnie się popłakał. Dziękował nam. Już dziś o 23 Tyga miał mieć operacje. po 2 godzinach byliśmy na lotnisku w Nowym Jorku. Pojechalismy do hotelu niedaleko szpitala. Oświerzyliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Dobijała 22 więc postanowiliśmy wrócisz do hotelu. Wzieliśmy karte i znowu wstąpiliśmy do bankomatu tylko już wypłacając pieniądze. Już o 22.45 byliśmy w szpitalu. Tyga się denerwował jak my wszyscy. Po 10 minutach zawowali go. Honey przytuliła go baardzo mocno. Następnie ja. Szepnełam mu " Widzimy sie za 3 godziny braciszku"
Szeroka się do mnie uśmiechnął. Przytulił każdego i ostatni raz Honey. Szepnął jej do ucha " Kocham cię , shawty". Honi się popłakała i powiedziała, że ma żyć dla niej.
-Dla nas wszystkich!- Powiedziałam. Gdy już wchodził. Pomachał nam i wszedł. Widzieliśmy go jeszcze jak wiezli go nam sale operacyjną. Pomachaliśmy mu, ale nie odmachał bo już zasypiał.
Wszyscy się denerwowaliśmy. Co chwile ktoś z nas chodził po kawe, fante albo coś do jedzenia a gdy przychodził pytał się czy już coś wiadomo. Po ok. 4 godzinach dalej nie było nic wiadomo. Miałam już szkalne oczy. Przytuliłam mocno Honey i razem wszyscy w kółku zaczeliśmy się modlić. Gdy skończyliśmy usłyszeliśmy długie "Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii" to oznaka, że ktoś umarł. Rozryczałam się tak bardzo płakałam.
__________________________________
I jak wam się podoba? Myślicie, że Tyga umarł? Wszystkiego dowiecie się w 12 rozdziale ! <3
czwartek, 12 września 2013
A więc tak na początek. Długo nic nie pisałam. Za każdym razem gdy próbowałam męczyło mnie to bo nie miałam weny, teraz mam mega wena hahaha <3 PRZEPRASZAM WAS Z CAŁEGO SERCA. Wolałam poczekać bo wiedziałam ze wena mi nadejdzie. I się udało ! HURAAA <3 HAHAH ;) Teraz będzie 1 rozdział dziennie ! Przepraszam ale szkołą itp. ;c masakra! ;c Zaczynamy !
__________________________________
Dojechaliśmy do sklepu w ciszy. Gdy weszliśmy przez rozsówające się drzwi, Justin złapał moją dłoń. Wzieliśmy wózek, w kótrym Justin mnie posadził- idiota hahhah. Jechaliśmy tak przez pół sklepu co lekkie to Justin we mnie rzucał. Za każdym razem robiłam oburzoną mine. Ludzie się na nas gapili jak na pojebańców serio hahha.
-Justin, I NEED YOU LOVE.
-Shawty, już ją masz. - Powiedział po czym musnął me usta.
Gdy mieliśmy zapakowny już cały wózek (wcześniej musiałam wyjść ;c) poslziśmy do kasy.
Zapłaciliśmy 100$.
Zapakowliśmy wszystko do auta i odjechaliśmy. W samochodzie Siedzieliśmy cicho dopóki Justin nie zaczął mówić.
-Kochanie, Jesteś dla mnie wszystkim, to już wiesz. Jestes tym co wszyscy mężczyzni mi zazdroszą. Dziękuje panie bogu, że zesłał mi właśnie ciebie. To jaki kiedyś byłem chmaski dawno zagineło. Teraz przyszło nowe lepsze czasy dla nas. Kocham cię dziewczyno zrozum to wreszcie. Zamknij teraz o czy i pomódl się. Pomodl się za siebie, za mnie i za nas.
-Na zawsze ty.
-Na zawsze my, shawty. - KOchałam jak tak do mnie mówił. Czulam się wtedy wyjątkowo. Jest zawsze gdy go potrzebuje. Nie robi mi wymówek. Kocham go najbardziej na świecie, chcę aby to on zasypiał i budził się w moim łóżku. Chcę z nim spędzić rezte mego życia. Uwialbiam każdą minute spędzoną razem na wygłupach, kłotniach, godzeniu się i okazywaniu sobie miłości. Miłości na zawsze. Dziękuje panu że jesteś. Każdego dnia. "I close my eayse, and a Pray"
Gdy dojechaliśmy do mojego domu Bieber zaproponował basen. Chętnie się zgodziłam. Poszliśmy do mnie na góre. Wziełam strój kąpielowy z garderoby i poszłam się w niego przebrać. Do torby spakowałam jeszcze 2 ręczniki i klapki. Po drodze zajechaliśmy do domu Justina aby ten tez miał możliwość przebrania sie. Gdy wyruszyliśmy z podjazdu Biebera zadzwoniłą do mnie Honey.
*Rozmowa telefoniczna*
-Hej kochanie gdzie jesteś? - Powiedziała Honi.
-A jade z Justinem na basen.
-No jasne Justin to, Justin tamto, a dla mnie to czasu już nie masz- Krzykneła i się rozłaczyła.
Opowiedziałam wszystko ze szegółami Justinowi a ten wiedział co ma zrobić. Pojechał do mnie do domu. Nikogo chyba nie było. Otworzyłam drzwi kluczem i weszłam na góre. Zapukałam do pokoju Honey. Nikt nie otwierał więc postanowiłam sama wejść. Na podłodze leżała Honey w kałuży krwi. Z płaczem do niej podbiegłam. Puls- niczym nie wyczuwalny. Zawołałam Justina. Uspokajał mnie i dzwonił po karetke. Podbiegłam do apteczki wziełam całą i pobiegłam spowrotem do Honi. Sprawdzałam co jest przyczyną krwawienia. Okazało się, że się pocieła. Ja pierdole czemu mnie przy niej nie było. Jeżeli ona zginie nie wybacze tego sobie. Po 3 minutach była już karetka. Naszczęście chodz ten czas i tak mi się dużył. Zabrali ją na noszach. Mi nie pozwolili jechać w Honey więc wziełam auto i Justina i pojechaliśmy za karetką. Bo 5 minutach byliśmy na miejscu. Widzieliśmy ja biorą Honey na sale. Płakałam a Justin cały czas mnie obejmował bo ok. 2 godzinach wyszedł lekarz.Jak zawsze poważna mina. Od razu wstałam i zapytałam się co z nią.
-Jesteś kimś z rodziny?
Chwile się zastanowiłam.
-Tagg, Siostrą. - Powiedziałam dumnie.
-A więc tak. Pacjentka żyje, ale ma pełno ran na ręku od pocięcia się a do tego wykroto u niej dość poważną dawke lekartw.
Miałam przerażoną mine. Ona chciała się zabić. Z mojego powodu?
-Czy mogę wejść do Honey.
-Tak, oczywiście ale tylko na chwile musi odpoczywać. - Odpowiedział lekarz po czym poszedł korytarzem do innej sali.
Chciałam już wejść do sali a poczułam Justina, który idze za mną.
-Justin, kochanie. Prosze jedz do domu.
-Nie zostawie cię tu! - Powiedział ze smutkiem.
-Dobrze, ale ja nie zostawie Honey. A wiesz dlaczego to prawdpodobniej wszystko się stało. Jedz odpocznij. Proszę cię. Zrob to dla mnie. - Powiedziałam. Justin musnął moje usta i odszedł.
Gdy weszłam na sale. Podbiegłam do Honey i ją mocną przytuliłam.
-HONI! DZIĘKI BOGU.
-Ee znamy się?
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Zawołałam lekarza.
______________________________
CDN :) I jak podoba się? Mam wielką nadzieje ze tak. Jutro już kolejny rozdział :**
__________________________________
Dojechaliśmy do sklepu w ciszy. Gdy weszliśmy przez rozsówające się drzwi, Justin złapał moją dłoń. Wzieliśmy wózek, w kótrym Justin mnie posadził- idiota hahhah. Jechaliśmy tak przez pół sklepu co lekkie to Justin we mnie rzucał. Za każdym razem robiłam oburzoną mine. Ludzie się na nas gapili jak na pojebańców serio hahha.
-Justin, I NEED YOU LOVE.
-Shawty, już ją masz. - Powiedział po czym musnął me usta.
Gdy mieliśmy zapakowny już cały wózek (wcześniej musiałam wyjść ;c) poslziśmy do kasy.
Zapłaciliśmy 100$.
Zapakowliśmy wszystko do auta i odjechaliśmy. W samochodzie Siedzieliśmy cicho dopóki Justin nie zaczął mówić.
-Kochanie, Jesteś dla mnie wszystkim, to już wiesz. Jestes tym co wszyscy mężczyzni mi zazdroszą. Dziękuje panie bogu, że zesłał mi właśnie ciebie. To jaki kiedyś byłem chmaski dawno zagineło. Teraz przyszło nowe lepsze czasy dla nas. Kocham cię dziewczyno zrozum to wreszcie. Zamknij teraz o czy i pomódl się. Pomodl się za siebie, za mnie i za nas.
-Na zawsze ty.
-Na zawsze my, shawty. - KOchałam jak tak do mnie mówił. Czulam się wtedy wyjątkowo. Jest zawsze gdy go potrzebuje. Nie robi mi wymówek. Kocham go najbardziej na świecie, chcę aby to on zasypiał i budził się w moim łóżku. Chcę z nim spędzić rezte mego życia. Uwialbiam każdą minute spędzoną razem na wygłupach, kłotniach, godzeniu się i okazywaniu sobie miłości. Miłości na zawsze. Dziękuje panu że jesteś. Każdego dnia. "I close my eayse, and a Pray"
Gdy dojechaliśmy do mojego domu Bieber zaproponował basen. Chętnie się zgodziłam. Poszliśmy do mnie na góre. Wziełam strój kąpielowy z garderoby i poszłam się w niego przebrać. Do torby spakowałam jeszcze 2 ręczniki i klapki. Po drodze zajechaliśmy do domu Justina aby ten tez miał możliwość przebrania sie. Gdy wyruszyliśmy z podjazdu Biebera zadzwoniłą do mnie Honey.
*Rozmowa telefoniczna*
-Hej kochanie gdzie jesteś? - Powiedziała Honi.
-A jade z Justinem na basen.
-No jasne Justin to, Justin tamto, a dla mnie to czasu już nie masz- Krzykneła i się rozłaczyła.
Opowiedziałam wszystko ze szegółami Justinowi a ten wiedział co ma zrobić. Pojechał do mnie do domu. Nikogo chyba nie było. Otworzyłam drzwi kluczem i weszłam na góre. Zapukałam do pokoju Honey. Nikt nie otwierał więc postanowiłam sama wejść. Na podłodze leżała Honey w kałuży krwi. Z płaczem do niej podbiegłam. Puls- niczym nie wyczuwalny. Zawołałam Justina. Uspokajał mnie i dzwonił po karetke. Podbiegłam do apteczki wziełam całą i pobiegłam spowrotem do Honi. Sprawdzałam co jest przyczyną krwawienia. Okazało się, że się pocieła. Ja pierdole czemu mnie przy niej nie było. Jeżeli ona zginie nie wybacze tego sobie. Po 3 minutach była już karetka. Naszczęście chodz ten czas i tak mi się dużył. Zabrali ją na noszach. Mi nie pozwolili jechać w Honey więc wziełam auto i Justina i pojechaliśmy za karetką. Bo 5 minutach byliśmy na miejscu. Widzieliśmy ja biorą Honey na sale. Płakałam a Justin cały czas mnie obejmował bo ok. 2 godzinach wyszedł lekarz.Jak zawsze poważna mina. Od razu wstałam i zapytałam się co z nią.
-Jesteś kimś z rodziny?
Chwile się zastanowiłam.
-Tagg, Siostrą. - Powiedziałam dumnie.
-A więc tak. Pacjentka żyje, ale ma pełno ran na ręku od pocięcia się a do tego wykroto u niej dość poważną dawke lekartw.
Miałam przerażoną mine. Ona chciała się zabić. Z mojego powodu?
-Czy mogę wejść do Honey.
-Tak, oczywiście ale tylko na chwile musi odpoczywać. - Odpowiedział lekarz po czym poszedł korytarzem do innej sali.
Chciałam już wejść do sali a poczułam Justina, który idze za mną.
-Justin, kochanie. Prosze jedz do domu.
-Nie zostawie cię tu! - Powiedział ze smutkiem.
-Dobrze, ale ja nie zostawie Honey. A wiesz dlaczego to prawdpodobniej wszystko się stało. Jedz odpocznij. Proszę cię. Zrob to dla mnie. - Powiedziałam. Justin musnął moje usta i odszedł.
Gdy weszłam na sale. Podbiegłam do Honey i ją mocną przytuliłam.
-HONI! DZIĘKI BOGU.
-Ee znamy się?
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Zawołałam lekarza.
______________________________
CDN :) I jak podoba się? Mam wielką nadzieje ze tak. Jutro już kolejny rozdział :**
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)